Lanzania - Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Tolkmickiej

Zobacz nas naFB

Ciekawe historie

LOMY Z TOLKMICKA

Do 1945 roku na wodach Zalewu Wiślanego często spotykano specyficzne jednomasztowe jednostki pływające o napędzie żaglowym, które nazywane były „lomami”. Ich kadłuby o poszyciu listwowym, wykonywanym głównie z drewna dębowego, charakteryzowały się bardzo płaskim dnem. Taka konstrukcja, zapewniająca stosunkowo niewielkie zanurzenie, umożliwiała ich sprawne użytkowanie na płytkim akwenie, jakim był i jest Zalew Wiślany.

 

Lomy wykorzystywane były w różny sposób. Służyły miejscowym rybakom do połowu ryb, ale przede wszystkim były statkami transportowymi, przystosowanymi do przewozu ładunków o dużej masie (takich jak głazy pozyskiwane z dna Zatoki Gdańskiej). W podobnym celu używano nieco większych galeasów, czyli statków o podobnej konstrukcji, jednakże wyposażonych w dwa maszty.

 

Od XIX wieku, głównym miejscem wytwarzania tego typu jednostek pływających było Tolkmicko (zaznaczyć jednak trzeba, że były one produkowane również na Mierzei Wiślanej). Źródła podają, że pierwszy zakład szkutniczy o takim profilu produkcyjnym został utworzony w Tolkmicku w 1840 roku przez Petera Wellm z Probenau, a pierwsza loma została tu zwodowana w 1842 roku.

 

 

Jednakże najbardziej znanym producentem lomów w Tolkmicku był Gottfried Modersitzki, jeden z uczniów Wellma. Przybył on do naszego miasta w 1850 roku i po założeniu własnego zakładu szkutniczego zbudował 13 frachtowych lom. Jego następcą został syn – Heinrich Modersitzki, któremu udało się stworzyć „tylko” 4 takie jednostki. Ostatnią z nich był zwodowany w 1912 roku galeas „Richard”. Chichot historii sprawił, że był to jedyny statek ze stoczni Modersitzkich, który przetrwał zawieruchę II wojny światowej…

 

27 stycznia 1945 roku Zalew był skuty lodem, a większość lom została uwięziona w porcie w Tolkmicku. Bombardowanie, a następnie ostrzał artyleryjski przeprowadzony przez Armię Czerwoną atakującą nasze miasto, nie oszczędziły ani jednego statku, trwale usuwając je z krajobrazu Zalewu Wiślanego. Szczęśliwym trafem galeas „Richard” znajdował się wówczas w Pilawie, skąd z 45 uciekinierami umknął wojskom radzieckim do Kilonii. Po wojnie, wielokrotnie przebudowywany, wykorzystywany był do zatapiania niewybuchów i wyławiania złomu z dna Bałtyku. Na pamiątkę ocalałych wojennych uciekinierów zmieniono mu nazwę na „Arche Noah” („Arka Noego”). 20 kwietnia 1968 roku, po 56 latach pływania, „Richard” został spalony.

 

Tekst: Michał Beyer


 

II. TOLKMICKIE LEGENDY:

1) Trzy córki Hoggosa

Przekazy historyczne przekonują nas, że Prusowie nie uznawali władzy monarchicznej ponad plemiennej. Jak pisał kronikarz Gall Anonim żyli bez króla i bez prawa.
W legendzie wbrew temu podano, że dawno, dawno temu Presoki wybrali spośród siebie władcę, którego słuchać musieli wszyscy – przywódcy plemienni i grodowi, wojownicy, rolnicy oraz niewolni. Nazwał się Widowut, a rządził ogromnym krajem rozciągającym się od Niemiec po Wisłę. Umierając podzielił ziemie pomiędzy synów na dwanaście części, co znowu koresponduje z historią – tyle prowincji pruskich wymienił na początku XIV wieku kronikarz zakonny Piotr Dusburg Powróćmy jednak do zamierzchłych czasów z ich mitami.
Jedną jest część po domenie Widowuta otrzymał Hoggo. Na północy krainę tę ograniczał Zalew, na wschodzie rzeka Pasłęka, na południu rzeka Wąska, a na zachodzie jezioro Drużno, będące wówczas częścią Zalewu. Hoggos wybudował nad Zalewem duży gród obronny, który nazwał Tolko. Takie imię przewidział również dla upragnionego syna. Niestety, los spłatał mu figla – trzykrotnie zamiast oczekiwanego dziedzica odnajdywał w kolebce dorodne córy. Rwał, więc włosy z rudej brody, upijał się i ruszał na łupieżcze, awanturnicze wyprawy. Gdy z kolejnej nie powrócił schedę po nim przejęły dziewczyny. Najstarsza – Mita – była najwierniejsza tradycji. Żyła bardzo przykładnie – zgodnie z życzeniem matki szybko wyszła za mąż, zamieszkała w grodzie ojca, który rozbudowała i umocniła. Powiła liczne potomstwo, synów wychowała na dzielnych rycerzy, córki były niezastąpionymi gospodyniami. Mita zapisała się w pamięci poddanych jako władczyni mądra i dobra. Na jej cześć zamek Hoggosa zaczęto nazywać grodem Mity, czyli Tolko Mita (Tolkmita). Ona nauczyła Prusów budować i walczyć. Druga z panienek odznaczała się wielką urodą. Najbardziej tez ze wszystkich cnót ceniła sobie piękno. Za młodu szukając estetycznych podniet wiele wędrowała po okolicy. Gdy w końcu także zmieniła stan, wybrała dla swojej nowej rodziny miejsce najurodziwsze ze wszystkich, położone wysoko nad Zalewem. W grodzie tym zaczęła wyrabiać podziwu godne przedmioty użytkowe i ozdobne, głównie z ceramiki. Tak to Cadyna, średnia córka Hoggosa, została założycielką zawsze pięknych Kadyn. Ona nauczyła Prusów sztuki. Była jeszcze trzecia córka, największe utrapienie dla matki. Niczego nie można było jej nauczyć – nie lubiła się odziewać, jadać przy stole i sypiać w łóżku. Nie przejawiała żadnych zainteresowań. Bosa, odziana w byle co, potargana, hasała po lasach ścigając się ze zwierzętami. Przez jakiś czas towarzyszyła jej Cadyna, potem Pogezana pędziła żywot samotniczki. Początkowo nie szanowano jej i uważano, że źle sobie poczyna – straszono nią dzieci, mówiąc:... myj ręce, bo będziesz brudny jak Pogezana lub ... ucz się, bo będziesz dziki jak ona. Z czasem zmieniło się jednak radykalnie wyobrażenie o najmłodszej córce Hoggosa – okazało się, że porzuciwszy świat ludzi przeniknęła najgłębsze tajniki natury, nauczyła się mowy chmur, drzew, strumieni i ptaków. Poznała magię i dzięki niej dotarła do bogów, mieszkających w wodach, kamieniach lub piorunach. Oni zaś polubili ją i przyjęli do wtajemniczonego grona. Przychodzili na ziemię w odwiedziny, najchętniej wówczas, gdy tańczyła na leśnych polanach. Ludzie przekonali się, że Pogezana została wajdelotą – wieszczką, pośredniczącą między nimi i bogami. W jej słowach zawsze odnaleźć można było najprawdziwsze wskazówki, co do swojego losu, można było także wpłynąć na zmianę nieuniknionego. Prośbę przekazywała tańcząca Pogezana, a rozbawieni bogowie, najczęściej spełniali życzenia nawet nie wsłuchując się w ich treść. W ten sposób udało się czasem wskrzesić umarłego, częściej uleczyć chorego, a prawie zawsze zaczarować dla siebie obojętnego dotąd partnera. Pogezana okazała się najmilsza sercu ludzi córką legendarnego herosa Hoggosa. Przypisano jej wiele dobrodziejstw i cudów, z czasem opowieści o nich pobrzmiewały coraz nieprawdopodobnej. Uważano, że nauczyła Prusów śpiewu, umiłowania prawdy, sztuki kochania i łowów, modlitwy, radości i wielu innych przymiotów. Była dobrym duchem, strażniczką domowego ogniska i opiekunką całego kraju. Dlatego właśnie jej imieniem zaczęto nazywać domenę Hoggosa – całą krainę pomiędzy Zalewem, Pasłęką, Wąską, i Drużnem. W ten sposób uwiecznili Pogezanę ludzie, bogowie zaś uczynili ją nieśmiertelną, zabierając do swego orszaku, gdy opuszczali Prusy. Pogezana, jeszcze jako istota ludzka, odznaczała się dużym wzrostem. Mówiono nawet, że była olbrzymką, do tego brzydką. Ze wstydu chowała się w lasy i męża nie umiała znaleźć, nie gustowały w niej nawet trolle. Ale to pomówienia. Prawdą jest natomiast, że jeszcze w 1499 roku przechowywano w jednym z elbląskich klasztorów żeńskich ogromny kaptur z peleryny należącej do Pogezany. Miał on kilka kroków długości i szerokości a ozdabiająca go kamienno-blaszana brosza była gruba na palec i wielka jak dwie złożone pięści, Tą jedną z najcenniejszych pruskich relikwii wywieziono w 1655 roku do Gdańska, potem ślad po niej zaginął.

Źródło: www.tolkmicko.za.pl


2) Rodzeństwo Tolki i Mita

Inne wyjaśnienie nazwy Tolkemita przynosi legenda o mieszkającym w grodzie, położonym na Wałach Tolkemita, rodzeństwie. Trudno powiedzieć kiedy to było, w opowieści mówi się zdawkowo – przed wieloma stuleciami. Nie zarysowuje się również tła historycznego. Wszystko rozgrywa się w nierealnej scenerii bardzo smutnej bajki. Umierając nagle władcy zamku osierocili dwójkę małych dzieci. Dziewczynkę o imieniu Mita i chłopca o imieniu Tolko. Nie wiadomo dlaczego maleństwa zostały zupełnie same w ogromnej budowli. Nie było przy nich nikogo ze służby. Wychowywały się w zimnych pustych komnatach z wąskimi oknami, przez które przedostawały się nieliczne promienie słońca, w pełnych tajemniczych odgłosów korytarzach oraz na rozległym dziedzińcu, gdzie niszczały dawne kramy i warsztaty, od dawna opuszczone, rozsypujące się, przypominające wieczorami lub we mgle tajemnicze postacie z legend o herosach i olbrzymach. Tolko i Mita spędzali wiele długich dni na wymyślaniu niesamowitych historii o swoim dziwnym domu. To był jak gdyby wielki teatr, pełen niesamowitych rekwizytów, w którym codziennie dwójka aktorów odgrywała pełne fantazje spektakle. Ponieważ nikt ich niczego nie nauczył sami odnajdywali zastosowanie dla otaczających przedmiotów. Przeważnie nadawali im przez to nowy sens i przeznaczenie. Na przykład kamienna studnia na środku dziedzińca była dla nich miejscem, gdzie ukryli się mamusia i tatuś, więc gdy potrzebowali czegoś od rodziców mówili do tej czarnej czeluści. Złote i srebrne naczynia z zastawy służyły do puszczania zajączków na murach lub muzykowania, gdy spuszczane po kamiennych schodach wydawały z siebie dźwięki w najróżniejszych tonacjach. Walającą się wszędzie bronią zamieniono w zabawki, na drewnianych instrumentach muzycznych świetnie zjeżdżało się zimą z górki, łóżka pełniły role batut a na długich zasłonach można było wspaniale się bujać, pod sufit a potem za okno, nad fosę i z powrotem. Jedynym druhem rodzeństwa był czarny kruk. To on dbał o jedzenie, dzieci jadły razem z nim na parapetach, popijając wodę wysysaną z przyniesionych z lasu liści. Spały wysoko na dachach dwóch wież, w uplecionych z trzciny gniazdach. Czas, którego nikt nie zauważał, płynął beztrosko i powoli, do czasu jednak... Pewnego dnia Tolko nie zjawił się do porannej zabawy. Mita odnalazła go sennego, drżącego na wpół przytomnego, skulonego w swym gnieździe. Jego czoło było rozpalone, usta wysuszone, nie poznawał jej, rozmawiał z odległymi duchami. Kruk wyjaśnił, że chłopiec zachorował, pokazał też jak należy go pielęgnować. Okryty skórami niedźwiedzich leżał teraz całymi dniami na drewnianej skrzyni, nazwanej przez ptaka łożem, a ona przemywała mu czoło zmoczonymi w wodzie skrawkami podartej sukni matki. Mimo troskliwej opieki siostry chłopiec zmarł. Mita została teraz zupełnie sama. Przebywanie w zamku było dla niej zbyt bolesne, zbyt wiele przykrych wspomnień wywoływał każdy dotknięty przedmiot. Opuściła więc stare mury i przeniosła się do lasów. Po upływie kilku miesięcy sama również zachorowała i zmarła, po drugiej stronie czarnej czeluści kamiennej studni znowu wszyscy byli razem, mama, tatuś i jej ukochany Tolko.

Źródło: www.tolkmicko.za.pl


3) Legenda o długim węgorzu

Wkrótce po założeniu miasta, zwanego przez wieki miastem ceramików, dręczył tolkmiczan jak zły sen potwór pływający w głębinach Zalewu Świeżego. Był to ogromny węgorz, zawsze nienasycony, nie dopity i skory do figli, od których ciarki przechodziły skórę. Uwielbiał przewracać małe rybackie łodzie żaglowe, zwane Lomme, a rybaków przytapiał lub przyduszał, tak że nieliczni uchodzili z życiem. Nie chodziło mu wcale o złowione przez nich ryby, przeciwnie, nie znosił ich i wyrzucał zawsze cuchnący już dorobek połowów na tolkmickie plaże. Ot, zabawiał się po prostu w ten niegodziwy sposób i rechotał potem z głębi podwodnych czeluści. Wreszcie dał się obłaskawić, ale zażądał w zamian, by mu piwo i ulubione zepsute mięso krów zostawiać na Świętym Kamieniu, ilekroć przyjdzie mu ochota na ucztowanie w towarzystwie wstrętnych, pozieleniałych od starości syren. Miał przy tym potwór wymagania jak nie przymierzając jakiś car czy inny cesarz. Musieli mu mieszczanie wyszlifować powierzchnię Świętego Kamienia, żeby przypominała stół biesiadny, a w cegielni miejskiej wypalili wielki dzban do piwa i misę do jadła. Transport tej ogromnej zastawy zajął kilkanaście dni i przypominał budowę egipskich piramid. Toczono naczynia po drewnianych balach na brzeg, potem holowano w kilkanaście łodzi, wreszcie ustawiono za pomocą specjalnie wybudowanego dźwigu. Czy to wszystko rzeczywiście warte było zachodu? Otóż nie. Węgorz jadł i pił na koszt tolkmiczan, z czego robił się jeszcze większy i straszniejszy, żwawszy – a przez to bardziej skory do swawoli. Wprawdzie nikogo ze swoich dobroczyńców już nie uśmiercił, jednak łodzie nadal przewracał i zatęchłe ryby zostawiał na brzegu. Wszyscy mieli w końcu dość i postanowili pozbyć się monstrum. Obiecano mu specjalną ucztę, wystawną jak nigdy dotąd, tłumacząc że nadchodzi święto związane z okrągłą rocznicą założenia miasta. W wielkich kadziach ważono miesiącami mocne czerwone piwo, a zarżnięte bydło faszerowano wiadrami ziół, używanych przez baby na przywołanie snu. Wreszcie wybrano niezwykle upalny letni dzień i całą przygotowaną strawę zawieziono na kamień. Węgorz wychylił się z głębin w oka mgnieniu i rzucił na wyborne smakołyki. Piwo tak mu smakowało, że nie poczęstował nawet pląsających przy nim syren, wlewał w siebie i wlewał, od czasu do czasu zakąszając, aż się biednym tolkmiczanom zimno zrobiło z obawy, że za mało trunku przygotowali. Jednak nie... w pewnym momencie gad znieruchomiał, po czym padł jak długi, wywołując falę, która zmyła gapiów z brzegu. Żwawo się jednak pozbierali, zasiedli w łodzie, zahaczyli ogromne cielsko na haki i wywlekli na brzeg. Rozciągnęli przeogromnego węgorza wzdłuż wybrzeża i tak długo po nim chodzili, aż go wdeptali w ziemię. Tak powstała droga wiodąca z Tolkmicka na zachód, do leśnictwa Wieck (dziś Święty Kamień), nazywana na pamiątkę Der lange Aal (Długi Węgorz).

 

Źródło: www.tolkmicko.za.pl


4) Kozioł, marchewka i … po ptakach

Pewnego razu Pogezanie otoczyli Tolkmicko. Nie kryli wcale swych niecnych zamiarów – miasto chcieli spalić, kobiety zgwałcić, zrabować co się da i wiać. Mieszczanie bronili się wszak dzielnie, a niedawno postawione wysoki mury z basztami stanowiły dla najeźdźców zaporę nie do przejścia. W każdym jednak systemie tkwi jakiś słaby punkt. W tolkmickich fortyfikacjach była nim mała furta, o której nikt w ogóle nie pamiętał. Zamknięto ją byłe jak, jako skobla używając marchewki. Wystarczył tylko pociągnąć, ale Prusom nie przyszło to do głowy. Z uporem forsowali wielkie bramy, zamknięte przez obrońców, pilnie strzeżone dzień i noc. W końcu jakiś zgłodniały kozioł dostrzegł marchewkę tkwiącą w zamknięciu furty i natychmiast zjadł, nieco już przywiędłe lecz nadal słodkie warzywo. Drzwi otworzyły się i Pogezanie pojedynczo, po cichutku przeniknęli do miasta, a potem z rykiem, w kupie rzucili się na jego wspaniały dobytek. Tak, tak tolkmiczanki wspominały potem długo ten dzień, a kozły w Tolkmicku nie miały łatwego życia. Panie nuciły nawet piosenkę zaczynającą się od słów.

Marchewki, ale nie bata, żałowałam ci przez lata, Koziołeczku mój...

Natomiast wśród panów przyjął się zwyczaj picia Pod Koziołka, jak w Poznaniu.

Źródło: www.tolkmicko.za.pl




Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rolnego
na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich Europa inwestująca w obszary wiejskie.


  •  

Partnetrzy stowarzyszenia